Dzisiaj opowiem Wam trochę o tym, dlaczego tak uparłam się z tym małżeństwem. Dlaczego tak mi zależy, abyście się kochali. Dlaczego tak nalegam na wysiłek, walkę i „nieodpuszczanie”. Mogłabym opowiedzieć ze szczegółami, jak to na własnej skórze doświadczyłam, co robi z człowiekiem połamana relacja między rodzicami, opiekunami i ogólnie najbliższymi. Ale dziś nie o tym. Dziś powiem Wam, że dbanie o swoje małżeństwo, o miłość między nami, małżonkami, po prostu nam się OPŁACA. Będę opowiadać w odcinkach, bo temat jest duży i można o nim mówić godzinami.

Dziś zachęcam Was do dbania o waszą miłość z egoizmu. Tak. To nie pomyłka. W naszym osobistym interesie leży, by miłość między nami, małżonkami, trwała.

Jestem przekonana, że jeśli się zastanowimy i spokojnie przeanalizujemy swoje serce, myśli i pragnienia, zobaczymy, że najgłębiej w nas, u samego początku jest potrzeba relacji. Trwałej i stabilnej. MOJEJ!

Potrzebujemy oczu, które patrzą na nas z upodobaniem. Rano, wieczór, w południe i po porodzie też. Potrzebujemy być ważnymi – tacy, jacy jesteśmy. Będę to powtarzać, aż będziemy umieli to recytować, obudzeni w środku nocy. Każdy chce być przyjęty i wybrany, bez warunków i bez oczekiwań. Śmiem twierdzić, że i wy, Panowie, wy silni i niezależni, ukierunkowani podobno tylko na sukces zawodowy, również tego potrzebujecie. Potrzebujecie, by był przy was ktoś, dla kogo warto walczyć i świat zdobywać. Dla kogo warto wracać do domu, i kto w sobie tylko właściwy sposób, da Wam siłę, by kolejnego dnia znowu stanąć do walki z życiem.

Podobno już w życiu płodowym jest w człowieku potrzeba bycia kochanym, bo że po urodzeniu, to już jest dla nas wszystkich oczywiste. Nie wiem, czy wiecie, że dzieci, adoptowane niemalże zaraz po narodzinach, również w mniejszym lub większym stopniu borykają się z syndromem sieroctwa. Bo właśnie zabrakło tego, o czym z takim zacięciem mówię. Zabrakło poczucia, że jest się chcianym, przyjętym, otoczonym opieką i zauważonym. W dzisiejszych czasach wiemy, że nie wystarczy, by dziecko było najedzone, wyspane i przewinięte. Dziecko dotykane, tulone, do którego się mówi i reaguje się na jego potrzeby, rozwija się prawidłowo. Znane są badania, pokazujące chorujące i więdnące w oczach dzieci, które karmiono i utrzymywano w czystości, ale nie dotykano, nie przytulano i nie mówiono do nich. Wszyscy wiemy, że dzieci muszą być kochane, by żyć.

Ale czy tylko dzieci? Czy aby na pewno my, dorośli, już nie?

Dorosły człowiek potrzebuje być kochany. Chciany, zauważony i wybrany. Nawet jeśli sobie tego nie uświadamia. Nawet, gdy stara się temu zaprzeczać, a nawet to uniemożliwić.

Potrzebujemy miłości, jak ryba wody i smartfon ładowarki. To jest nasza ludzka kondycja. Tak jakoś jesteśmy stworzeni. Stadnie, relacyjne, KU MIŁOŚCI. Gotowi miłość dawać i miłość przyjmować. Oczywiście mówię o zdecydowanej, bardzo zdecydowanej większości, nie o wyjątkach. Nadal, w dobie wszelakich zmian i rozwoju cywilizacyjnego, wciąż i wciąż szukamy tego jedynego i tej jedynej. Czasem, po trupach i z uporem maniaka, i po każdej nieudanej próbie, wciąż stajemy na ślubnym kobiercu. Wchodzimy w nowe związki i relacje, jakby rozpaczliwie bojąc się zostać osobnym. Niczyim.

A tymczasem, żeby komuś siebie dać, ale również, by kogoś do siebie przyjąć, trzeba siebie posiadać. Mieć. Znać. Być siebie świadomym. Wiedzieć kim jestem, dokąd zmierzam i czego pragnę. Inaczej mówiąc, trzeba być dojrzałym. Ja – Kasia, taka i taka, jestem tu i teraz.

Ja, Kasia, świadomie i dobrowolnie – chcę i wybieram ciebie. Mogę, ale nie chcę żyć bez twojej obecności.

NIE STAPIAM SIĘ Z TOBĄ, BY ŻYĆ, ALE CHCĘ DZIELIĆ MOJE ŻYCIE Z TOBĄ. I chcę przyjmować twoje życie w darze. To jest w jakimś sensie ideał miłości.

OBDAROWANIE SIĘ WZAJEMNE DWOJGA OSOBNYCH LUDZI, KTÓRZY NIE POTRZEBUJĄ SIEBIE, BY PRZEŻYĆ, ALE WYBIERAJĄ SIEBIE, BY ŻYĆ. By pięknie żyć. Razem.

Niestety, nie wszyscy z taką świadomością wstępują w związki małżeńskie. Dlatego też czasem miewamy kłopoty.

U niektórych są to deficyty z dzieciństwa. Nie dostali tyle uwagi i troski, ile potrzebowali w okresie od zera do trzech lat, i teraz rozpaczliwie próbują zalepić ludźmi swoje dziury. Stad mogą brać się wszelkie narcystyczne potrzeby traktowania ludzi przedmiotowo. Jak rzecz, jak plaster i cukierek razem wzięte, by poprawić swoje złe samopoczucie. Wiemy, że miłość, i to miłość małżeńska tak nie działa.

Niektórzy nie potrafią być sami. Niektórzy siebie nie znają, inni siebie nie lubią, jeszcze inni siebie nie chcą dopuścić do głosu. Nie chcą słyszeć swoich ran, potrzeb, nierozwiązanych spraw. Muszą być z kimś, by przeżyć.  Zniosą wszystko, zrezygnują ze wszystkiego, na wszystko się zgodzą, w imię „razem”. I to obojętnie jakiego rodzaju. To też nie będzie działać na dłuższą metę.

Niektórzy zapewne są uzależnieni od uczuć wywoływanych zakochaniem. Szukają tego, nie przyjmują do wiadomości, że uczucia się zmieniają i szukają nadal. A wszystko dlatego, że związki chemiczne, które się wydzielają we krwi w baaaardzo uczuciowym okresie, polepszają nam nastrój. Podobnie jak alkohol, lekki narkotyk czy zakupy, a jak wiadomo, tak właśnie powstają uzależnienia. Mózg koduje, kiedy i po czym miał miły stan równowagi, do którego tak wytrwale dąży. A tymczasem miłość w małżeństwie ewoluuje. Zmienia się. Wybucha iskrami na metr w górę, przygasa równym płomieniem, może czasem ledwo się tli, a potem znowu strzela ogniem, rozjaśniając samotność. Tak to działa niestety.

Zapewne jest wiele nieuporządkowanych powodów, dla których podejmujemy decyzję o zawarciu związku małżeńskiego.

Jak wiecie, ja piszę o nas, normalsach. O nas, którzy mamy czasem parę z tych nieuporządkowań w sobie, ale jako tako sobie z nimi radzimy. Jeśli nie, to po zaobserwowaniu ich, zadzieramy kieckę albo podwijamy rękawy i udajemy się zamaszystym krokiem PO POMOC. Bo chcemy pięknie i mądrze żyć. Chcemy pięknie i mądrze kochać.

Skoro więc człowiek ma w sobie głęboką potrzebę kochania i bycia kochanym, życia wśród ludzi „swoich”, ze swojej rodziny, swojego stada – nie możemy tego pięknego CZEGOŚ między nami zniszczyć.

Musimy dołożyć wszelkich starań, by o tę miłość, która nam się przydarzyła, którą wybraliśmy i która ma szansę uszczęśliwić aż dwie osoby na tej planecie – po prostu DBAĆ !!!!! Nie możemy puścić naszej miłości samopas! Poddać się w codziennej walce o nią. Nie możemy rezygnować. Nie możemy nie podlewać, nie ładować, nie karmić, nie możemy nie robić NIC. Nie możemy pozwolić, by się skończyła. Za ważne jest to COŚ. Za ważne dla nas obojga.

Stając na ślubnym kobiercu, decydujemy się dbać, dawać wsparcie, pomóc w rozwoju, towarzyszyć i po prostu uszczęśliwiać SWOJEGO CZŁOWIEKA.  Sprawiamy, że on nie żyje sam. Że jego życie nie mija bez śladu. Zakładając rodzinę, tworzymy razem coś, co powoduje w nas, a przynajmniej powinno, szczęście, spokój i harmonię. A to z kolei jest bazą do pełni życia w każdym innym wymiarze.

Bez tego szczęścia, spokoju i harmonii, ani pracować dobrze się nie da, ani rodzicem dobrym się nie jest, ani zestarzeć się spokojnie nie można, już o przygotowaniu do śmierci nie mówię.

Dlatego właśnie o tym ciągle piszę. Warto dbać o miłość małżeńską. Dla naszego wybranka, ale i dla siebie. Z egoizmu. Bo chcemy być szczęśliwi. I to jest, jak widać, całkiem dobra motywacja!