Wszędzie dobrze, ale razem najlepiej.

Wiecie już, że mieszkam w Niemczech. Nie było to moim marzeniem, nie ciągnęło mnie za Odrę. Nigdy nie uczyłam się niemieckiego. Byłam typową przedstawicielką swojego pokolenia, wychowaną na „Czterech pancernych” i kapitanie Klossie. Delikatnie mówiąc, nie pałałam miłością do naszych zachodnich sąsiadów. Kiedy więc firma mojego męża zaczęła mieć kłopoty, spodziewałam się wszystkiego, ale nie wyprowadzki do Niemiec. 

Do dziś pamiętam chwilę, gdy odebrałam ten właśnie telefon od męża. Podekscytowany mówił mi, że ktoś mu podpowiedział, by szukał pracy w De. Przecież zna niemiecki, przecież jest inżynierem, a tam pracy jest pod dostatkiem. Serce mi zamarło. No, nie do tego kraju! Przecież dzieci w dobrych szkołach, ojczyzna, patriotyzm, tradycja, środowisko rówieśnicze i tym podobne czerwone lampki migały w mojej głowie i migały. W tej sytuacji praca w Niemczech jawiła się trochę jako porażka. Nie udało nam się w kraju ojców – fundujemy dzieciom germanizację. A dzieci wrzesińskie tak cierpiały!

Początkowo mąż wyjechał sam. Trwał rok szkolny, w piątki praca kończyła się wcześniej, więc był z nami cały weekend. Wydawało się, że tak można żyć. Wkrótce okazało się, że nie! Po dwóch tygodniach płakały dzieci, płakałam ja i płakał mąż. „Jak ja mam być ojcem, jak dzieci wychowywać, po co rodzinę zakładałem skoro sam w pokoiku przy garażu mieszkam?!”. „Tata, nie możesz jechać!” – stało się hasłem naszych wspólnych weekendów. 

I wtedy właśnie, w te samotne tygodnie, właściwie pięciodniówki, zrozumiałam. Bardzo jasne stało się dla mnie to, że wszystko ma sens, wszystko da się przeżyć, wszystko udźwignąć, pod warunkiem, że jesteśmy razem. 

Cała nasza szczęśliwie trudna wielodzietność, codzienność, tyleż piękna co trudna, jest uzasadniona miłością. Jego do mnie i moją do niego. Jego i moja kochająca obecność. Ten dom to my. Ta rodzina to my. Sama nie chciałabym mieć apartamentu w Paryżu i ani nawet połowy dziecka. A z nim i obok niego – mogę wszystko. 

Powiedziałabym, że organicznie doświadczyłam nieprawdziwości stwierdzeń w rodzaju: „Jedyne bliskie osoby w rodzinie to dzieci, mąż to obcy człowiek. To dzieci rodzi się dla siebie, bo to twoja krew, a mąż nie.” Okropieństwo, stek bzdur. Dzieci rodzi się dla nich samych. Po to, by żyły i wybierały to, co im serce pokaże. A dla siebie i swojego szczęścia, to mamy akurat tego obcego z krwi, a najbliższego duszą człowieka, którego sami sobie wybraliśmy. 

Wiem, że nie każdy to rozumie, nie każdy tego doświadcza, ale dzieci ZAWSZE odejdą. Odejdą od naszego, do swojego życia. I tak być musi. Jasne, że więź i przyjaźń, jeśli ją zbudowaliśmy, pozostanie i będziemy – miejmy nadzieję – blisko ich dorosłości. Ale to mąż i relacja z nim ma być tym, co nam zostanie. Co ma nas uszczęśliwiać i ma dać nam poczucie spełnienia. 

Przez te dwa miesiące życia między Polską a Brandenburgią, zrozumiałam to bardzo dobrze. A potem, odebrałam świadectwa, spakowałam dzieci, najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechałam do męża. I uwierzcie mi, na nowo się nim zachwyciłam! Z konieczności wszystko musiał załatwiać sam. Jego zaradna, wygadana żona gdzieś zniknęła. Szkoły, mieszkanie, lekarze, urzędy, wszystko absolutnie spadło na niego. Piątka dzieci, codziennie zadania domowe, wywiadówki, szczepienia, podatki, nawet głupie pisanie usprawiedliwień i wszystko inne. Nikt w domu, oprócz niego nie mówił po Niemiecku. Uważam, że uruchomił w sobie pokłady, których w Polsce nie zauważyłby w sobie nigdy. Nawet by siebie o to nie podejrzewał. A tu dał radę. Był jak zdobywca, rycerz i Rambo w jednym. Błyskawicznie znalazł mieszkanie, załatwił szkoły, lekarzy, urzędy inne cuda wianki, które wykwitły po drodze. I czekał na nas.

Chyba już wiecie, że nie potrafię nie wyciągnąć z tego jakichś ogólnych wniosków. Po prostu muszę to podsumować:

Nie warto bać się zmian. Nie warto bać się podejmowaania decyzji i wytrwałego podążania za nią. Dobrze wiemy, że życie niesie przeróżne sytuacje. Dacie radę ze wszystkim, jeśli będziecie razem. Będziecie się wspierać i wspólnie stawicie temu czoła, odważnie i realnie podchodząc do problemów. Bo już wiemy, że uciekanie nic nie da.

 

Wracam do naszej historii. Decyzja zapadła, ale wyjechać było bardzo trudno. Niestety wszystkie lęki, stereotypy i uprzedzenia do Niemców ożyły ze zdwojoną siłą: „Niemcy są agresywni. Niemcy są zamknięci. Niemcy nie lubią Polaków. Chcecie z dzieci szwabów zrobić. Niemcy się uważają za lepszych. Świętują urodziny Hitlera. Niemcy jedzą plastikowe jedzenie. No i muzułmanie opanowali ten kraj. W szkołach świętują ramadan. Strach być chrześcijaninem. A gdzie wasz patriotyzm, jak będziecie świętować godzinę W? Zawsze będziecie obywatelami niższej kategorii, a tak w ogóle, to tam nie ma prawdziwego polskiego chleba”. To tak w skrócie pakiet lęków i uprzedzeń, które – zakładam, że z troski – zapakowano nam do plecaka na drogę.

Skoro innego sposobu, by zarobić na życie nie było, i skoro jesteśmy rodziną i chcemy żyć razem, wyjeżdżamy – postanowiliśmy i wytrwaliśmy w tej decyzji. Chociaż nam było żal i chociaż serce pękało, a najbliżsi nie rozumieli. Rozumiały za to nasze dzieci. To było proste, one chciały być z tatą. Są rzeczy ważniejsze i mniej ważne. Trzeba robić te pierwsze. Żyć i to żyć razem, jako rodzina.

Tłumaczyliśmy więc na prawo i lewo, że jednak bardziej niż przyjaciele ze szkoły, polski chleb, barszcz i nawet polskie kolędy, to ojciec i matka razem, są dzieciom do rozwoju najbardziej potrzebni. Przyznam, że nawet konsultowaliśmy to psychologicznie, jak to może wpłynąć na dzieci – a było ich wtedy pięcioro, w wieku od 2 do 10 lat. Zrozumieliśmy, że dzieci przeżyją dobrze nawet trudne zmiany, jeżeli będą miały obok siebie kochających się i wspierających rodziców. Jak damy im plecy, będziemy stabilnym podparciem, dadzą sobie radę ze zmianą i trudem. Wyjechaliśmy.

I tak nasza love story przeniosła się do Niemiec. Bo faktycznie nic się nie zmieniło. Miłość, praca, dzieci, obowiązki, miłość, praca, obowiązki… Doszedł tylko język, którego trzeba było się nauczyć. 

Cdn

:-)))