Każdy z nas o tym marzy.  Zakładając obrączkę, mamy nadzieję na wielką miłość. I to miłość na zawsze. Wszystkich nas jednakowo wzrusza widok staruszków, którzy trzymają się za ręce, przeżywszy ze sobą ponad pół wieku. Regularnie pojawiają się wywiady z takimi małżeństwami i zawsze pada sakramentale pytanie: „ Jaki jest wasz sposób na życie razem?”. Dlaczego nas to wzrusza, dlaczego wciąż pytamy, dlaczego taki widok wyciska nam łzy. Odpowiedź jest prosta – bo też tego chcemy. Kropka.

Wiecie już, że się wściekłam, żółć mnie zalała (który to już raz) i zaczęłam pisać.

No bo ile można patrzeć na cierpienie bliskich i dalekich. Ile razy można trafnie przewidywać przyszłość kolejnego małżeństwa, widząc wciąż te same błędy. I nie, nie mówię o wielkich błędach jak zdrady, bicie, picie czy hazard. Mówię o prostych, wydawałoby się banalnych błędzikach, które jakoś tak przez lata, niepostrzeżenie doprowadzają nas do tych wielkich.

Długo nie mogłam pojąć dlaczego ludzie zakochani i zdecydowani założyć rodzinę nie robią tego, co wzmacnia, buduje i łączy, a potem się dziwią, że cierpią. Przecież to było do przewidzenia!

Tłumaczyłam, ile mogłam i komu mogłam. Słyszałam, że jestem teoretyczką, że ja „dostałam” dobrego męża, więc nie wiem, o czym mówię. Że ona jest z patologicznej rodziny, a on już tak ma, bo na Śląsku wszyscy są tacy. Że oni mają odmienne temperamenty, że jego mama źle go nastawia, że wszystko przez te problemy finansowe. A najczęściej słyszałam, że nic się nie da zrobić, bo ich przypadek jest wyjątkowy. Oni mają najgorzej. I tak musi być. Bo on już taki jest. Bo ona jest taka. Bo wydarzyło się to i to. Bo teraz już nic się nie da zrobić. Koniec. Ooo… jak mnie wkurza takie podejście. Moja osobista Żółć oczy mi zalewa i serce mi dosłownie pęka na takie dictum.

Bo ja po prostu WIEM, WIEM i jeszcze raz WIEM, że ZAWSZE można coś zrobić! Można rozmawiać, podejmować decyzje, szukać pomocy, a czasem po prostu chronić siebie i najbliższych. Ale zawsze można i trzeba zrobić COŚ. A najgorsze to nie zrobić nic!

Przez lata spotkań, zwierzeń, wykładów, rozmów do białego rana i przerabiania tego na własnej skórze, nauczyłam się jednego.

Małżeństwo i relacje między małżonkami są dla większości ludzi najważniejszą sprawą na świecie. A ludzie bardzo, bardzo i prze- bardzo chcą być razem szczęśliwi i jeżeli im się to udaje – kwitną, jeżeli nie – więdną.

Zrozumiałam też, że to, co dla mnie wydaje się oczywiste, niestety dla większości oczywiste nie jest. Rumieniłam się udzielając prostych rad. Wiele razy dostałam po głowie, że po co się wymądrzam i w ogóle to nie moja sprawa, i zobaczymy jak będę śpiewać za parę lat. Ale też wielokrotnie byłam w szoku, widząc rozszerzone wdzięcznością oczy i uratowane miłości. Pamiętam, jak mówiłam pierwszy raz publicznie o tym, że małżeństwo to miejsce, gdzie zaspokajamy swoją pierwotną potrzebę bycia chcianym i wybranym, i że możemy to sobie nawzajem pięknie dawać. Możemy sobie pomagać szczęśliwie żyć.  Że po to zawieramy małżeństwa, by być razem szczęśliwymi. I nie, nie wystarczy jeden dzień, bo małżeństwo to gwarancja szczęścia na zawsze. I że to jest możliwe. Bardzo możliwe.

Trzeba tylko:

– po pierwsze chcieć,

– po drugie posiąść podstawową wiedzę w tym temacie,

– a po trzecie wytrwale ją stosować.

Nie odpuszczać i co najważniejsze, bo najgorsze – nie zostawiać miłości na pastwę przekonania, że „jakoś się ułoży”. Nie oddawać tego BARDZO WAŻNEGO CZEGOŚ między Wami na pożarcie nawykom, odruchom i biegowi zdarzeń.

Co wydarzyło się na tym pierwszym wykładzie? Połowa sali pociągała nosem, a druga ustawiła się w kolejce, by ze mną porozmawiać. To wtedy zrozumiałam, że CHCĘ o tym mówić. Będę pokazywać, że można. Że istnieje pewien zestaw podstawowej wiedzy o człowieku, relacjach i funkcjonowaniu rodzin, który jest niezbędny, oczywiście dostępny i prawie powszechnie nieużywany. Dlaczego? Wciąż zadaję sobie to pytanie.

Może dlatego, że życie w małżeństwie wydaje się oczywistością, niemal czynnością fizjologiczną, jak spanie i jedzenie? Skoro wszyscy tak żyją, to nad czym tu się zastanawiać. No a dodatkowo, skoro my się tak kochamy, to nam się uda, nasza miłość wystarczy. I paradujemy w tych różowych okularach, co to obraz zniekształcają i ani dobrze z bliska nie widzimy, ani z daleka.

– A skąd Pani to wszystko wie? Dlaczego Pani się tak mądrzy?

– Wielkie brawa dla odważnej pani w czerwonym żakiecie. Myślę, że wszyscy mieliście ochotę zadać to pytanie. I słusznie. Czas najwyższy powiedzieć Wam, skąd ja to wszystko wiem.

Uwaga, odpowiadam. Nie wyniosłam z domu ani połowy wzorca szczęśliwego związku małżeńskiego. Dwa pokolenia nieszczęścia, a trzecie do dziś walczy, by tę smutną tradycję zakończyć. Widziałam łzy i ludzi cierpiących na gruzach swoich małżeństw. Widziałam jak bardzo chcą, szukają, próbują kolejny raz… i znów cierpią, popełniając wciąż podobne błędy. Widziałam początki i końce kolejnych niespełnionych marzeń. Widziałam połamane życia i podcięte skrzydła.

A potem poszłam studiować prawo. Zainteresowałam się przyczynami przestępczości nieletnich. Po nitce do kłębka zbliżałam się do tematu, jakim jest środowisko rodzinne i jego wpływ na człowieka. Dowiedziałam się o relacjach i mechanizmach w rodzinie zachodzących. O wpływie na siebie jej poszczególnych członków. No i poznałam chorobę alkoholową, mechanizmy uzależnień i współuzależnień. Funkcjonowanie wobec osoby chorej, wzajemne zaburzone relacje i głębokie piętno, jakie odciskają one na naszym dalszym życiu. Uczyłam się o relacjach zdrowych, otwartych, świadomych. O problemach, ale i sposobach radzenia sobie z nimi, które są znane i opisane, a co najważniejsze, działają. Zobaczyłam na własne oczy porażki, ale i sukcesy osób dotkniętych wielkimi problemami. Zdruzgotane i – o dziwo –odzyskane życia.

Cała ta konkretna wiedza buzowała we mnie razem z moim osobistym doświadczeniem. A kiedy odważyłam się wreszcie połączyć teorię z praktyką i wyszłam za fajnego żółtego faceta, zaczęły się już na serio tworzyć bąbelki i w odpowiednim czasie wysadziły korek. Bum! Po prawie 25 latach zaczęłam mówić o tym głośno.

Bo nie mam już wątpliwości.

Bo ułożyło mi się w głowie i jestem pewna, że istnieją proste, a nawet oczywiste i banalne zasady, o których wszyscy wiemy, ale nie wiedzieć czemu ich nie stosujemy.

Nie będę dłużej patrzeć na cierpienie tych, którzy tak pięknie zaczęli, a za chwilę tak przewidywalnie skończą!

 

Chcecie być szczęśliwi?

Chcecie być szczęśliwi razem?

Chcecie wziąć Waszą miłość w swoje ręce?

Nie pozwolić, by uschła, jak niepodlewania przez lata paprotka?

Zostańcie ze mną.

Mam dla Was propozycję.

Ale o tym, następnym razem.

Kto się domyśla?